kawałek wakacji jeszcze + wrzesień na Słupskiej i nie tylko
Link 10.01.2012 :: 11:18 Komentuj (1)
Kilka jeszcze wakacjowo-pracowych obrazków

Sezon ogórkowy w pełni. Moje pierwsze podejście do kiszonych. Nie nadawały się kompletnie do niczego, ale próbę poczyniłam, pierwsze koty za płoty :)

Krejzolska focia z Wrzeszcza, kiedy był upał a Pan Michał zarabiał rozdając ulotki pod Babilonem.

A to zdjęcie niesie w sobie długą historię o pierwszej w dziejach Ziemi wizycie Michała Rodziców u nas. Dużo atrakcji, ale też dużo nerwów i mój pierwszy sprawdzian jako gospodyni - chyba zdany, chociaż prawdy pewnie dowiem się po latach. Na fotografii dokładnie widnieją moje nogi w leginsach na śpiworze, a okoliczności są następujące: w kuchni wszystkie luźne sprzęty są wyniesione lub przesunięte, bo na podłodze leży wielki materac przytargany z piwnicy. Na materacu mamy spać my, bo na naszym łóżku awaryjnie śpią Rodzice, którzy nie znaleźli wolnego pokoju w żadnym pensjonacie (oblężenie na okoliczność Jarmarku Dominikańskiego). Ponadto widać lodówkę turystyczną, w której przyjechało 10 paczek mrożonych pierogów ruskich (które stanowiły naszą podstawę żywieniową przez dłuższy czas) oraz dwa worki proszku do prania, które wśród wielu innych dóbr Rodzice nam w sekrecie kupili. Proszku używam po dziś dzień.

Odkryta jeszcze w czasie pracy u Gai przewaga oglądanego przez nią MiniMini nad faworyzowanym przez Antka JimJamem - na MiniMini jest Ulica Sezamkowa. Oglądałam nawet jak Gai się już nudziła :P
We wrześniu już byłam wolnym człowiekiem, miałam kawalątek swoich wakacji, swojego leniuchowania w łóżku, swojego snu, swojego odreagowywania.
Nie żeby jakoś dużo. Trochę.
Na więcej z jednej strony nie pozwalała mi choroba, która się zaczęła w okolicach lipca a ciągnęła do zimy i na dobrą sprawę jeszcze nie jest doleczona. Z drugiej strony wrzesień = koniec mieszkania tu, początek szukania nowej miejscówki. Bardzo intensywnego i gorączkowego, na pewno więcej czasu i nerwów temu poświęciłam niż zasługiwało, ale wtedy nie umiałam inaczej. Tak samo z przeprowadzką, bo pod koniec września Pan Michał akurat znalazł pracę, bardzo niepewną, więc całą logistykę wzięłam na siebie, a on wziął na siebie zarobki. I wyszedł z tego armagedon.
Ale tego na zdjęciach nie widać. Co widać?

Chorutka Ania i jej zapalone zatoki

Nie ma nic bardziej debilnego nad siedzenie z gorączką i bolącym wszystkim w domu podczas, gdy za oknem jest akurat piękny, schyłkowo-letni dzień.
Fotografia cokolwiek groteskowa, już wyjaśniam: w garnku mam budyń, garnek stał na poduszce i ją nagrzał, ciepłą poduszkę przykładam do bolących zatok. Unikalna kompozycja :)

Co robi Pan Michał, kiedy biedne chore dzieci czują się źle i nie mają siły wstać z łóżka żeby pójść siku?...
Puszcza filmy o wodospadach na youtubie... (z dziką satysfakcją, co widać)
(Ok, to nie do końca tak. Gdyby było ze mną aż tak źle, to by mnie sam zaniósł do łazienki zamiast się znęcać.)

To jest tęcza, która wykwitła na niebie po całodziennej ulewie, jak akurat wychodząc z knajpki po herbatce z koleżanką pochwaliłam się jej żem zaręczona, a ona się wzruszyła. Pogoda skwitowała to na swój sposób, a mnie się zrobiło trochę nieswojo od nadmiaru słodkości.

A to jest but. Jeden z dwóch. Bo wrzesień z dawien dawna jest czasem szopingów na okoliczność nowego roku. Nowy rok, nowy początek, nowa ładniejsza i na pewno skutkiem tego mądrzejsza ja. A na obcasie to już w ogóle. Tak rzadko kupuję takie obuwie, że mu się zawsze należy oddzielna fotografia :)

Wrzesień - czas przełomowych rozmów, wprowadzania w życie przełomowych decyzji.
Najpierw trzeba było pojechać do domu. Tym razem - jak przez większość wakacji i jeszcze do połowy listopada bodajże - stopem, tym razem z tirem. Fotografie czyniłam ukradkiem, bo Antek poprosił.
Bo Antek lubi nie tylko tiry (ale przede wszystkim), lubi też zdjęcia.

Antek mi.

Ja Antkowi.

My nam.
Wreszcie był czas żeby zrobić rewolucję: posprzątać bardzo starannie, pochować co zbędne i zrobić w moim - dotąd - pokoju miejsce dla Młodego. Odtąd on tam rezyduje, przeniesiony też ze spaniem na moje łóżko i ze wszystkimi klockami, maszynami budowlanymi i autkami na moje półki. Ma swój dywan w ulice i plakaty z Toyotą, swoje zastępy miśków, swój stolik z farbkami. Wszystko tak jak być powinno.

Ania robi rewolucję

Kot wyraźnie zdegustowany.
lato na Słupskiej II
Link 09.11.2011 :: 11:24 Komentuj (0)
Od pierwszego lipcowego poniedziałku zaczęłam wakacyjną pracę polegającą na opiece nad 1,5roczną panienką imieniem Gaja. Plusy: za pieniądze. Minusy: za małe pieniądze, 10 godzin dziennie, 5 dni w tygodniu.
Papa, wszystkie letnie festiwale, papa, eskapady. Papa Barcelono planowana na wrzesień. Pieniążków starczyło w sam raz na to, żeby opłacić mieszkanie i mieć co jeść.
Za to popołudniami i wieczorami łaziliśmy, piliśmy z ekipą piwo na mostku, uczyliśmy się siebie.
Niedaleko domu była ściana wspinaczkowa w hali byłej fabryki, a niedaleko ściany był warsztat mechanika z płotem, na którym wisiały takie cuda.


Uszczknęliśmy sobie, a jakże.

Jedno z kilku upieczonych przeze mnie ciast (wszystkie wg tego samego patentu, wszystkie z wiśniami z ogródka przywiezionymi z Olsztynka). To konkretne chyba na jakąś okoliczność nawet.
A którejś niedzieli poszliśmy sobie na plażę. Takich razów, kiedy pogoda w weekend łaskawie pozwalała jakoś poczuć, że jest lato było niewiele więc i tak je pamiętam, ale ten pamiętam podwójnie, bo przyszła ulewa. Ur-wa-nie-chmu-ry w drodze powrotnej nas dorwało. Ale się nie przejęliśmy specjalnie, ahoj letnia przygodo!


Innego weekendowego poranka

Ania w środowisku naturalnym, uwieczniona przez Michała z perspektywy jego środowiska naturalnego, tj sprzed komputera.
Oraz:

Wpadłam w amok moszczenia sobie własnego gniazda. Jako, że mój pokój w Olsztynku powoli przejmował już Antoni, uznałam że mentalnie się wyprowadzam i muszę sobie organizować "swoje". W związku z tym na imieniny obdarowano mnie szklankami, ścierkami, garnkami, durszlakami i mikserem. Samorzutnie kupiłam solniczkę&pieprzniczkę oraz ogromniasty kosz na brudną bieliznę. [dumna właścicielka wraca z nim ze sklepu]
Woodstock. Udało się pojechać mimo przesunięcia terminu imprezy na czwartek-piątek-sobotę. Dostałam 2 dni wolnego, jedyne i niepowtarzalne.

Ania łapie stopa w Starogardzie Gdańskim pod Polmosem :)

Słynne duo Ania & Tomek hits the woodstock once again.
("Takie tam, z kurzem")

My, piwo Tatra, błoto pod sceną folkową, wielgachne kałuże i Dikanda grająca bałkańsko-żydowski folk. Tyle się w tym zdjęciu tak naprawdę zawiera.

Szachy + podglądactwo, czyli jak Ania lubi tego typu obiekty, zwłaszcza kiedy żyją.

Scena to tam daleko, po drugiej stronie pola namiotowego. A to pod sceną to ludzie czekający na Gentlemana, a po nim na Prodigy.

A ja tu, na górce, razem z chłopakami wszystkimi czterema. Daleko, daleko. Mało widu, słabo słychu.

Za to na absolutnie szałowo zjawiskowym łąki łanie nadrobiliśmy :)
Dziwny to był woodstock. Dużo mnie ominęło, a drugie tyle nowości spotkało. I te tłumy wszędzie. Dziwny.
bonusy:

Niania Ania w parku Regana prowadza śpiącą Młodą na godzinne spacery. Ubiór mój oddaje mniej więcej klimat tegorocznego lata :(

Nie mam pojęcia, gdzie ani kiedy. Ale: street art is street art.

Starówka, powrót z którejś z weekendowych stopowych eskapad do Olsztynka. Czy tylko ja ostrzegam subtelny dowcip? :)

A to czeka na publikację chyba od zimy. Z cyklu: dlaczego nie należy dawać dużym dzieciom klocków.
lato na Słupskiej I
Link 09.11.2011 :: 10:55 Komentuj (1)
Za oknem zimne.dziady.listopady, tym sensowniej wrócić do czerwca, lipca.
Ostatnia, czerwcowa wyprawa do Michała przed Wielkimi Zmianami...
bez wielkich zmian, póki co ;P

góryłąkipolalasyjeziora
i rozmowy o tym co nas czeka


Równolegle czerwcowe życie towarzyskie kwitnie

(Z Polką w Polkowym kapeluszu, nie wiemy gdzie góra a gdzie dół)

Smutna Kupa z Parku Regana. Kupa jest częścią obrazka informującego społecznie, że należy zbierać odchody swoich zwierzątek. Jest smutna, bo chciałaby być zebrana do woreczka. Park Regana to długi i szeroki nadmorski pas zieleni graniczący z lasem, zaplanowany rekreacyjnie, ze ścieżkami, placami zabaw, skejtparkiem, masą drzew i miejscami na ognisko, z których korzystaliśmy (i dziki też, bo przyszły). Są też tablice o nie wyrzucaniu śmieci i o tym, żeby nie zakopywać martwych zwierząt, bo możesz w trakcie kąpieli znaleźć w wannie kości czyjegoś Burka.
Wtedy lubiłam park Regana, nie wiedziałam jeszcze że moja bliska przyszłość jest z nim tak silnie związana.

Pod koniec czerwca, w ramach żegnania się z szeroko pojętą wolnością, urządziłam sobie wielki trip. Odwiedziłam Sziwę w Pruszkowie i Sandrę w Opolu. Tyle właśnie zdjęć mam z tej wyprawy - co świadczy o niej dobrze, bo na robienie zdjęć zwyczajnie nie miałam czasu :) Zabawnie jest spotykać takich ludzi po tylu latach... i odkrywać, że rozmowy, które kiedyś przerwaliśmy tak łatwo jest na nowo podjąć i ciągnąć przez pół nocy. Albo przez trzy kolejne dni. Skarby, skarby.
Lipiec.
Najpierw była przeprowadzka. Nie daleko - za ścianę. Ale armagedon, jakby na drugi koniec miasta.

Pokój posprzątany, opuszczony, przygotowany dla chłopaków mieszkających tu przez lato.

Pokój świeżo kolonizowany. Straciłam niestety miejscówkę na parapecie, zrobiło się za wysoko, ale zyskałam skos :)
Jeszcze tego samego wieczora musiałam się w pokoju rozgościć i rozprzestrzenić, bo w nocy przyjechali Goście w postaci Tomka w asyście Kurzweila Stefana (pianino elektryczne) i Czarka, giermka. Tomasz jeszcze wtedy chciał się dostać do Must Be The Music więc przyjechali na kasting, a przy okazji wypić ze mną czekoladę na molo w brzeźnie, zmoknąć i się upić winem ze słoniem :) Znów nie mam fotografii innej ponad taką:

Nowy Krik uwieczniony z okna SKMki, którą jechałam w towarzystwie ołpenerowców w kaloszkach i foliowych pelerynach. Sziwa też wtedy akurat był w drodze na opka, a ja byłam w drodze po chłopaków, żeby ich z kastingu odebrać.
Przerywnik: urodziny Michała (9.o7) i weekendowy wypad do Łeby, gdzie akurat stacjonowała moja rodzina.

Urodzinowe gofry na skwerku, Michał ma z misiem,

a ja z misiową.
Uwaga! Misiowy trupek!

A teraz o sensie i celu.
Bodaj 3 lipca się Pan Michał do mnie wprowadził. To znaczy - na Słupską, do nowo skolonizowanego pokoju dla dwojga. Tu się zaczyna nowy rozdział tej historii.
trzy historie już niemal letnie
Link 21.09.2011 :: 11:26 Komentuj (3)
Pierwsza: późny maj i jeszcze trochę kwiatków ^^




Druga, najdłuższa: dzień. zwykły dzień. czerwcowy.

wersja pocztówkowa

na dowód że tego widoczku nie wygooglałam
Siedzę na deptaku na ławeczce. Patrzę w górę,

patrzę w dół.

Wracając do domu trafiam na jeden z ulubionych widoczków - dowód, że życie społeczne w najprostszych przejawach jeszcze istnieje.

A dalej znajduję tuż za rynkiem domek moich marzeń.

Robię zakupy, potem w domu celebruję konsumpcjonizm :)
Dobra krótkotrwałe:


Dobra trwalsze:


Historyjka trzecia: o burzy.





~*~*~*~*~*~
Bonus: zdjęcia nie związane absolutnie z niczym.
No, dwa ze mną w sumie. Bo uwielbiam tę porę dnia, mówiłam już może?


A bonus trzeci nie związany z pierwszym i drugim:
Michał pijany napotkał żabę nocą w Olsztynku na ulicy. I zapragnął skakać.
